rozmiar tekstu: A A A
Co zawdzięczamy PE?

 

Co nam daje Parlament Europejski
 
Wszystko wskazuje na to, że Polska może pobić niechlubny rekordy Europy, jeśli chodzi o frekwencję w zbliżających się wyborach do Europarlamentu. Z sondaży wynika, że mniej niż 20 proc. Polaków chce 7 czerwca zagłosować i wybrać „swoich” euro deputowanych.
 
Tak niska frekwencja ma wiele powodów, ale jednym z najważniejszych jest to, że Polacy są przekonani, że Parlament Europejski to nic nie znacząca instytucja, którą można sobie po prostu „odpuścić”. Że to tylko jakaś fasadowa instytucja, służąca za polityczną przechowalnię dla politykówi miejsce łatwych zarobków. A skoro tak - myśli 80 proc. Polaków - to pokażemy Europarlamentowi plecy. I zamiast głosować, 7 czerwca pojedziemy na grilla na działkę.
 
Kłopot w tym, że tym razem większość zdecydowanie nie ma racji. Parlament Europejski, mimo wszystkich swoich wad, ma znaczenie. Ogromne! Już dziś ponad połowa wszystkich nowych ustaw i nowelizacji, które trafiają do polskiego Sejmu i Senatu, jest wymuszonych zmianami w prawie unijnym. I w 75 procentach przypadków, Europarlament maczał w tych zmianach palce, niekiedy bardzo mocno. Bo w praktycznie wszystkich sprawach gospodarczych, oraz tych, które są związane np. z ochroną środowiska, nowe unijne dyrektywy i rozporządzenia powstają w procedurze ”współdecydowania”. Upraszczając: aby weszły w życie, muszą się na nie zgodzić i Parlament Europejski, i Rada Unii Europejskiej. Obie instytucje mogą zmieniać projekty dyrektyw, które wypływają z Komisji Europejskiej. I jeśli się nie dogadają - projekt nowego prawa UPADA.
Można więc powiedzieć wprost: ramy prawne, wszystko to, co wpływa na firmy, w których pracujemy, uczelnie w których się uczymy – jest zależna także od kilkuset polityków w PE, z których część możemy wybrać my. I jeśli chcemy, żeby obowiązujące w całej Unii Europejskiej (a więc także i u nas) przepisy nie były głupie, dokuczliwe w naszym codziennym życiu – musimy wybrać mądrze.
 
Na jesieni 2004 r., w pierwszych „polskich” wyborach do Parlamentu Europejskiego frekwencja też była niewielka. A szkoda, bo wybrany wówczas Europarlament pozostawił po sobie wiele fundamentalnych zmian, których skutki będziemy odczuwać jeszcze przez kolejne dziesięciolecia. Warto o niektórych z nich więcej powiedzieć.
 
 
Ochrona środowiska, zmiany klimatyczne
 
Chyba właśnie tematom ekologicznym Europarlament odchodzącej kadencji poświęcił najwięcej czasu. Przez ostatnie pięć lat przez PE przeszło 14 różnych dyrektyw, rozporządzeń i „pakietów” prawnych, mających związek z ochroną środowiska naturalnego, a zarazem - o fundamentalnym znaczeniu dla europejskiej gospodarki.
 
To właśnie ten Parlament, po najdłuższej i najbardziej zaciętej w historii UE batalii lobbystów, zmienił zasady wprowadzania do rynkowego obrotu substancji chemicznych. Słynny pakiet REACH został przyjęty przez PE w grudniu 2006 r. Na jego mocy, substancje chemiczne, które są wykorzystywane przez europejski przemysł, będą musiały być starannie przebadane. W przypadku potencjalnie groźnych substancji, producenci będą musieli udowodnić, że produkt nie stwarza zagrożenia dla życia i zdrowia ludzi, oraz że nie będzie miał negatywnego wpływu na środowisko naturalne. Bez takich badań, produkt nie uzyska rejestracji - i będzie musiał być wycofany z rynku. Co zresztą nastąpi także w przypadku, gdy badania będą przeprowadzone - ale dadzą wynik negatywny. Lobbyści bardzo długo starali się zmiękczyć te przepisy, ale ostateczny wynik jest - zdaniem ekspertów - dość dobrym kompromisem, uwzględniającym zarówno potrzeby przemysłu, jak i konieczność większej ochrony konsumentów. Już teraz REACH ma olbrzymi wpływ także na polską branżę chemiczną.W całej Europie zdefiniowano blisko 30 tys. substancji chemicznych, które podlegają REACH. W Polsce - co najmniej 5 tys. Szacuje się, że średni koszt badania substancji wprowadzanej na rynek w ilości od 1 do 10 ton to 50-60 tys. euro
 
Dwa lata później (w grudniu 2008 r.) europosłowie przypieczętowali kolejny pakiet przepisów - „Klimatyczno-Energetyczny”. Ten sam, o który polski rząd z dobrym skutkiem bił się na grudniowym szczycie Unii Europejskiej. Choć eurodeputowani nie zmienili głównych założeń tej reformy (przyjętych na szczycie Unii), to jednak wprowadzili swoje poprawki do kilku unijnych dyrektyw, które mają doprowadzić do realizacji celów „pakietu”. Przykładowo, PE wprowadził poprawkę (korzystną dla Polski) na podstawie, której zyski ze sprzedaży 300 mln uprawnień do emisji CO2 będą przeznaczone na sfinansowanie instalacji CCS (tzw. przechwycenie dwutlenku węgla) w elektrowniach i zakładach przemysłowych. Mogą na tym skorzystać także polskie elektrownie. Takie jak np. Elektrownia Bełchatów (część koncernu energetycznego PGE), która już obecnie - z sukcesami - stara się o unijne pieniądze na nowe technologie przechwytywania CO2. Dodatkowo, eurodeputowani zadecydowali, że począwszy od 1 stycznia 2012 r. do unijnego systemu handlu emisjami zostaną włączone linie lotnicze.
 
Europarlament przeforsował (w grudniu 2006 r.) też nowe przepisy o jakości wód gruntowych. A półtora roku później eurodeputowani dorzucili nowe przepisy o zakazie zanieczyszczania wody 33 różnymi groźnymi substancjami (np. metalami ciężkimi). W maju 2008 r. Europarlament dodał zęby i pazury unijnej polityce środowiskowej, przegłosowując dyrektyw na podstawie, której za łamanie przepisów ochrony środowiska (unijnych) od 2010 r. grozić będą sankcje karne (z więzieniem włącznie!).
 
A to jeszcze nie koniec: w lecie 2008 r. PE przegłosował nową dyrektywę „śmieciową”, wprowadzającą nowe, obowiązkowe minima recyklingu (od 2020 r. będziemy musieli odzyskiwać co najmniej 50 proc. wyrzucanego w domach papieru, metalu i szkła). W styczniu bieżącego roku PE przyjął dyrektywę zakazującą rozpylania pestycydów z powietrza i stosowania ich w pobliżu parków, jezior i placów zabawy, a na początku marca - PE br. rozpoczął prace nad nowelizacją przepisów o dopuszczalnych emisjach pyłów i gazów przemysłowych. Europosłowie już proponują poprawki, m.in. wyłączenie szpitalnych spalarni.
 
 
Europarlament i unijny rynek
 
Sprawy środowiskowe oczywiście nie wyczerpały aktywności posłów do unijnego parlamentu. Dużo czasu poświęcili też pracy nad przepisami, które mają bezpośredni wpływ na całą gospodarkę unijną, a zwłaszcza na funkcjonowanie unijnych rynków - pracy, usług i towarów.
 
Początkowo mogło się nawet wydawać, że usuwanie ostatnich barier - które blokują powstanie prawdziwe „jednolitego” rynku - okaże się największym osiągnięciem Europarlamentu. Ambicje były olbrzymie: transgraniczne świadczenie usług miało stać się równie łatwe jak handel. Prawa konsumentów miały być zagwarantowane - tak samo korzystne w każdym kraju Unii - a warunki pracy ujednolicone, z korzyścią dla pracodawców i pracowników.
 
Niestety, w tej sprawie czekał nas, obywateli nowych państw UE zawód. Górę wzięły ukryte - ale silne - nastroje protekcjonistyczne. Polscy eurodeputowani nie potrafili swoich zachodnioeuropejskich kolegów-posłów przekonać. Efektem czego, Europarlament „zepsuł” słynną dyrektywę usługową, ostatecznie przyjętą 15 listopada 2006 r.
Jej pierwotny projekt był rewolucyjny: w 2004 r. ówczesny komisarz ds. rynku wewnętrznego Frits Bolkestein zaproponował, żeby w przypadku usług - tak samo jak w przypadku towarów - obowiązywała zasada "kraju pochodzenia". Usługodawcy mogliby świadczyć usługi za granicą na podstawie swoich macierzystych przepisów. Na tej samej zasadzie, wedle której towar wyprodukowany w jednym kraju UE musi być akceptowany w innym państwie wspólnoty.
 
Na to większość zachodnioeuropejskich deputowanych (podobnie jak większość rządów) nie chciała się zgodzić. Przerażeni wizją polskich hydraulików i fryzjerów odbierających klientów Francuzom, Niemcom, Hiszpanom i Włochom, ukręcili łeb propozycji Bolkesteina. Ku aplauzowi związków zawodowych i całej lewicy, Europarlament zmienił treść dyrektywy - w miejsce „kraju pochodzenia" wprowadził znacznie słabszą (jeśli chodzi o realne zastosowanie) regułę „swobody świadczenia usług". Pozwala ona władzom narodowym na ograniczanie swobody świadczenia usług w określonych przypadkach.
 
Sytuacja powtórzyła się przy okazji debaty nad dyrektywą o czasie pracy - kolejną, która (w zamierzeniu Komisji Europejskiej) ma odblokować unijny rynek i przepływ pracowników. Wbrew oczekiwaniom wielu rządów, a ku uciesze związków zawodowych i ugrupowań lewicowych, Europarlament forsuje pomysł ograniczenia maksymalnego, dopuszczalnego czasu pracy.
 
„Gospodarczego” bilansu pracy PE broni, paradoksalnie, jego decyzja o nieprzyjęciu jednego z aktów prawnych. A konkretnie odrzucenie aż 648 głosami dyrektywy software'owej, w lipcu 2005 r. Miała ona pozwolić na patentowanie wynalazków związane z oprogramowaniem komputerowym. Ten dziwny pomysł był krytykowany w całej Europie, także (bardzo silnie) w Polsce. I upadł w PE. Zdaniem ekspertów, skorzystają na tym m.in. polskie firmy informatyczne, którym trudno byłoby odnaleźć się w gąszczu nowych patentów software'owych.
 
Europarlament zajął się też przepisami, które zwiększają prawa konsumentów. Przykładowo, przegłosował rozporządzenia w sprawie sprzedaży biletów lotniczych online: na ich mocy przewoźnicy muszą od samego początku podawać pełną cenę biletu (a nie tak jak do tej pory, dopiero na końcu informować, że do ceny dorzucona jest jeszcze np. opłata manipulacyjna, opłata lotniskowa i opłata za korzystanie z kary kredytowej).
 
Z kolei w 2007 r. Komisji i Parlamentowi Europejskiemu udało się zmusić operatorów telefonii komórkowej do obniżki cen roamingu (opłat za rozmowy przez komórkę poza krajem macierzystym) do poziomu 0,46 euro za minutę (ze średnio 1,10 euro w 2005 r.). A teraz, dosłownie przed kilkoma dniami, PE zdecydował się jeszcze bardziej obniżyć ceny roamingu - i dodatkowo objąć obowiązkową obniżką także wysyłanie SMS-ów oraz transfer danych z interentu, via komórka.
 
Decyzja Europarlamentu w sprawie roamingu to jeden z przykładów działań, w których eurodeputowani postanowili ułatwić życie konsumentom w Unii Europejskiej. Takich działań było zresztą więcej. Parlament Europejski przegłosował m.in. „Trzeci Pakiet Kolejowy" - kilka związanych ze sobą aktów prawnych, reformujących unijny rynek kolejowy. Przyjęte zmiany znacząco zwiększyły przywileje konsumentów: na podobieństwo przepisów już obowiązujących w przewozach lotniczych. Za każde spóźnienie pociągu większe niż 60 minut, pasażerom będzie przysługiwała rekompensata w wysokości 25 proc. ceny biletu, a w przypadku spóźnienia ponad dwugodzinnego - 50 proc. Wbrew woli rządów UE, eurodeputowani zadecydowali, że taka rekompensata będzie obowiązywać zarówno w przypadku przejazdów krajowych jak i międzynarodowych.
 
Wspominane przepisy o ruchu lotniczym też zresztą zostały przez PE wzmocnione - na korzyść konsumentów. Dwa przyjęte przez Europarlament rozporządzenia (w grudniu 2005 r. i lipcu 2008 r.) nakazały, by przewoźnicy, którzy reklamują i sprzedają bilety przez internet, od samego początku podawać pełną cene biletu (a nie tak jak do tej pory, dopiero na końcu informować, że do ceny dorzucona jest jeszcze np. opłata manipulacyjna, opłata lotniskowa i opłata za korzystanie z kary kredytowej).

Parlament decyduje o budżecie
 
Od przełomu 2005 r. i 2006 r., gdy Unia Europejska w ciężkich bólach uzgadniała swój budżet, upłynęło już tyle wody w Wiśle, że wszyscy zdążyli zapomnieć, że Parlament Europejski współdecyduje o tym, ile pieniędzy Unia Europejska wydaje na budowę dróg, wspieranie nauki, na politykę zagraniczną i finansowanie inwestycji w nowe sieci energetyczne. Mówiąc krótko: bez zgody Europarlamentu, Unia nie mogłaby uchwalić swojego siedmioletniego budżetu.
Trzy lata temu Europarlament dość dobrze wykorzystał tę kartę przetargową, wymuszając na unijnych rządach korektę siedmioletniego planu wydatków. Korektę - podkreślmy - bardzo korzystną dla nowych krajów członkowskich, zwłaszcza dla Polski. Po trzech miesiącach negocjacji eurodeputowani wywalczyli budżet o 4 mld euro wyższy. Przy poprzednim budżecie w 1999 r. uzyskali „tylko” 2 mld euro więcej.
4 mld euro uzyskane przez PE już rozdzielono na kilkanaście pozycji budżetowych. Polska skorzysta zwłaszcza na wzroście wydatków na stypendia naukowe - zwłaszcza na program wymiany studenckiej Erasmus. Dodatkowe 800 mln euro w tej pozycji, wywalczone przez Europarlament, pozwoli na wyjazd za granicę dodatkowych 40 tys. studentów, z czego przynajmniej 10 proc. będzie pochodzić z Polski. Korzyści, jakie z tego powodu odniosą polskie uczelnie wyższe (no i oczywiście sami studenci - trudno nawet oszacować).
Dużą rolę w negocjacjach budżetowych odegrali polscy europosłowie, zwłaszcza eurodeputowany PO Janusz Lewandowski, który na początku 2006 r. przewodził zespołowi negocjacyjnemu PE, który negocjował z rządami poprawki do unijnego budżetu.
 
Na tropie CIA

Nie tylko sprawy gospodarcze zajmowały Europarlament przez ostatnie pięć lat.
Raport ws. nielegalnej działalności amerykańskich tajnych służb w Europie zapewne przejdzie do historii, jako jeden z najbardziej kontrowersyjnych dokumentów przyjętych w Strasburgu (luty 2007). W dokumencie tym, Parlament Europejski potępił kilkanaście państw UE, w tym Polskę, za przymykanie oczu na nielegalną działalność CIA w Europie, choć żadnych twardych dowodów na istnienie tajnych więzień amerykańskich - także w Polsce - nie przytaczał. Początkowo raport był bardzo krytykowany; teraz jednak, gdy na jaw wychodzą szczegółowe informacje o sposobach działania CIA, w tym o torturach - trzeba przyznać, że eurodeputowani mieli sporo racji, próbując dociec, co naprawdę Amerykanie robili na Starym Kontynencie.
 
Śledztwo w sprawie działalności CIA to nie jedyny raz, gdy Parlament Europejski wkroczył w sferę unijnej polityki zagranicznej. Unijne traktaty nie dają PE w tym obszarze zbyt wielu uprawnień, ale to nie przeszkadza eurodeputowanym w zabieraniu głosu w najważniejszych sprawach. Przykładowo, w sprawie polityki wschodniej, prowadzonej przez unijne rządy.
 
Dobrym przykładem jest kwestia stosunków Unii z Ukrainą. W czerwcu 2006 r. komisja spraw zagranicznych PE miażdżącą większością głosów przyjęła raport - autorstwa ówczesnego europosła PiS Michała Kamińskiego - który stwierdzał m.in. Ukrainie trzeba dać perspektywę członkostwa w Unii Europejskiej. Niestety, innego zdania są unijne rządy. A to do nich należy ostateczny głos w polityce zagranicznej. Już w styczniu 2006 r. zadecydowały one, że na razie w negocjacjach z Ukrainą o „członkostwie w UE” nie może być mowy. Odmienny głos Parlamentu został jednak w wielu stolicach odnotowany.
 
 
Europarlament po Lizbonie

Rola europosłów i Parlamentu Europejskiego wzrośnie jeszcze bardziej, jeśli w życie wejdzie nowy traktat dla Unii Europejskiej - Traktat Lizboński. Po pierwsze, „procedura współdecydowania” (która daje PE takie samo prawo do zmian dyrektywy co Radzie Unii Europejskiej) zostanie rozciągnięta na wiele nowych obszarów, m.in. na sprawy rolne, rybołówstwo, politykę imigracyjną, badania kosmiczne i sport). Po drugie, Europarlament będzie miał bezpośredni wpływ na wszystkie unijne wydatki - włączając w to wydatki we Wspólnej Polityce Rolnej (do tej pory zajmował się budżetem UE, ale nie mógł ruszać kwot zapisanych dla rolników). Po trzecie, PE będzie miał wpływ na wybór Prezydenta UE i powiększy się też jego rola przy wyborze Komisji Europejskiej.
W tej chwili traktat nie został przyjęty jeszcze przez cztery państwa Unii - Irlandię (która w tej sprawie zorganizuje ponowne referendum), Niemcy, Czechy i Polskę (w tych ostatnich dwóch państwach Traktat został ratyfikowany, ale nie podpisali go prezydenci).
 
Konrad Niklewicz